Odnosząc się do bezpośredniej
relacji między nauczycielem i uczniem, zacytuję pogląd, z którym się nie
zgadzam:
„Chociaż pojawiają się niekiedy
szokujące kokieterią koncepcje równoprawności oby członów stosunku edukacyjnego,
trzeba z naciskiem podkreślić, iż nie ma mowy o żadnym prawie rewanżu, ani tym
bardziej o symetrii wzajemnych oddziaływań. Nieprawdziwa jest złota myśl, że
oto „wychowawca też jest wychowywany” (…), a profesor uczy się od studentów tak
samo i tyle samo, ile sam zdoła im przekazać wiedzy podczas wykładów. Relacja
edukacyjna jest z natury rzeczy niesymetryczna. Nauczyciel to ktoś, kto uczy
kogoś, uczeń to ten, który jest uczony, ewentualnie jest mobilizowany do
uczenia się po części samodzielnie”.[i]
Poszukując w tym poglądzie
prawdy, mogę zgodzić się z dwiema kwestiami: po pierwsze relacja między
nauczycielem, a uczniem jest niesymetryczna, (co nie wyklucza tego, że może być
dwukierunkowa); po drugie rzeczywiście nie każdy układ edukacyjny pozwala na
relację dwukierunkową, symetryczną czy niesymetryczną.
Można mówić o czterech układach
między edukatorami a edukowanymi:[ii]
Jedno-jednopodmiotowy
Jedno-wielopodmiotowy
Wielo-jednopodmiotowy
Wielo-wielopodmiotowy
1:1
Czyli jeden nauczyciel dla
jednego ucznia i przeniesienie relacji ojciec-syn, preferowany w różnych przypadkach
edukacji elitarnej, np. gdy Arystoteles uczył Aleksandra wszystkiego, co było
przedmiotem ówczesnej wiedzy.
1:N
Czyli jeden nauczyciel ma wielu
uczniów, jak w przypadkach bakałarzy w szkółkach miejskich czy nauczania początkowego
w najmłodszych klasach szkoły.
N-1
Czyli wielu nauczycieli ekspertów
od danych dziedzin naukowych lub od kolejnych etapow edukacji, dla jednego
ucznia.
N-N
Czyli jednocześnie wielu
nauczycieli uczy wielu uczniów, jak np. na wykładach na uczelni czy w przypadku
szkół, gdzie nauczyciele poszczególnych przedmiotów uczą klasę.
Spojrzenie na edukację ewoluuje.
W ramach tradycyjnej koncepcji edukacji „„Prawo do podmiotowości edukacyjnej przysługiwało
wyłącznie pokoleniom starszym w stosunku do młodszych. (…) Praktyka przewagi
starszeństwa wzmacniana zaś była w sferze wartości szczególnymi uprawnieniami moralnymi
(z jednej strony z bezwarunkowym żądaniem specjalnego szacunku dla starości i
ojcostwa, z drugiej – ironii lub wzgardy dla niedojrzałości). (…) Pierwszorzędnym
celem edukacji (…) stało się (…) ugruntowanie przeszłości oraz podporządkowanie
jej teraźniejszego (…) życia (…) Skoro kryterium wartości tkwi w fakcie jej
uprzedniego zaistnienia, jasnym się staje, że potwierdzenie akceptacją
wcześniejszych pokoleń stanowi widomy i wystarczający dowód, że to co było –
było dobre. To co zaś dobre – należy uszanować i nadal kultywować”.[iii]
To się w jakiś sposób skończyło (choć nie wszędzie). „Pedagogika nowoczesna (…)
powiada, (…) że wolno i należy uczyć wszystkiego, co jest słuszne i trafne, bez
względu na pieczęć tradycji. (…) Mogą to ponadto czynić wszyscy chętni i
merytorycznie zaangażowani, pod warunkiem jednak, że przyświeca im nie tylko
Tomaszowa i Kantowa „dobra wola”, ale też wysoka kompetencja i zdolność
docierania do sedna. (…) Konieczna jest przy tym określona doza
odpowiedzialności – nie tylko za intencje lecz i za rzeczywiste skutki”.[iv]
To ujęcie pozwala na coś nowego; otwiera na relację dwukierunkową między
edukatorem i edukowanym - i to już abstrahując od ich wieku, a w szczególności
obowiązkowego „starszeństwa” nauczyciela wobec ucznia, wiązanego kiedyś z
doświadczeniem. Obecnie wnuk staje się nauczycielem swojej babki, jeśli chodzi
o naukę obsługi oprogramowania komputerowego.
Wracając do moich „zgód” na
przyjęcie pewnych aspektów poglądu, który zacytowałam na początku i z którym zasadniczo
się nie zgadzam. Otóż relacja między edukatorem, a edukowanym jest niesymetryczna
w tym sensie, że jeden wie coś o rzeczy, a drugi nie wie i konsekwentnie ten
drugi nie może nauczyć pierwszego niczego, o czym nie wie. Jednak
dwukierunkowość edukacyjna tego układu polega na tym, że nauczyciel może zostać
poruszony w swojej wiedzy, którą przekazuje i umiejętnościach, których uczy.
Po pierwsze pytanie edukowanego każde oderwać się nauczycielowi od przygotowanej wypowiedzi i poddaje go próbie rzeczywistego zastosowania prezentowanej wiedzy i prezentacji umiejętności, których sam uczy.
Po drugie pytanie edukowanego pozwala nie skamienieć wiedzy nauczyciela. PONIEWAŻ uczeń nie wie, jego pytania nie idą utartym torem, lecz rozbiegają się na wszystkie strony, każąc nauczycielowi zajrzeć w zakątki od dawna nie odwiedzane, porzucone jako ślepe uliczki, w których jednak, od ostatnich odwiedzin, mogło się wiele zmienić. Pytanie edukowanego wyrzuca nauczyciela za burtę, a on może wrócić na pokład ze znaleziskiem, którego inaczej by nie przyniósł, ponieważ w ogóle nie wybierał się skakać za burtę.
Po pierwsze pytanie edukowanego każde oderwać się nauczycielowi od przygotowanej wypowiedzi i poddaje go próbie rzeczywistego zastosowania prezentowanej wiedzy i prezentacji umiejętności, których sam uczy.
Po drugie pytanie edukowanego pozwala nie skamienieć wiedzy nauczyciela. PONIEWAŻ uczeń nie wie, jego pytania nie idą utartym torem, lecz rozbiegają się na wszystkie strony, każąc nauczycielowi zajrzeć w zakątki od dawna nie odwiedzane, porzucone jako ślepe uliczki, w których jednak, od ostatnich odwiedzin, mogło się wiele zmienić. Pytanie edukowanego wyrzuca nauczyciela za burtę, a on może wrócić na pokład ze znaleziskiem, którego inaczej by nie przyniósł, ponieważ w ogóle nie wybierał się skakać za burtę.
Po trzecie pytanie edukowanego
pozwala nauczycielowi uświadomić sobie – przypomnieć sobie? – że wiedza nie
jest statyczna. Wiedza to nie worek drogich kamieni, które się gromadzi, lecz
wiedz to rzeka, która, płynąc, obejmuje nowe terytoria, jeśli okoliczności
pozwolą. Przykładowo, prowadzę przedmiot „Prawo autorskie”. W wykładzie stosuję
m.in. metodę sokratejską, polegającą na tym, że zadaję pytania, które mają
studentów prowadzić do samodzielnych odkryć (w miejsce moich wypowiedzi ex
katedra). To z czasem ośmiela studentów do zadawania pytań. Niekiedy postawione
pytanie wywmłuje we mnie tajemniczą, dwuetapową reakcję. Mianowicie myślę
najpierw: „O! Nie zastanawiałam się nigdy nad zagadnieniem w tym kontekście. To
trzeba by przemyśleć”. A zaraz potem wyświetla się, gdzieś w powietrzu, nad Glowami
studentów, wielki biały ekran, na którym słowo za słowem pojawia się odpowiedź
na zadane pytanie. Okazuje się, że wiem coś, o czym nie wiedziałam, że wiem.
Nie mam kamyka wiedzy, o który mnie zapytano, ale rzeka wiedzy wpłynęła na nowe
terytorium, które student otwarł przede mną, zadając pytanie i ja znam
odpowiedź, choć wcześniej na tym terytorium nie byłam.[v]
Dlatego mogę się zgodzić, że
relacja między edukatorem i edukowanym jest niesymetryczna, jednak niewątpliwie
jest dwukierunkowa, a edukator także uczy się od edukowanego – tylko inną
drogą, innym sposobem, niż sam go uczy.
Co do faktu, że nie każdy układ
edukacyjny zapewnia taką dwukierunkową edukację, także muszę się zgodzić. Najefektywniejszy
w tym zakresie jest układ 1:1. Jednak, jak wykazałam wyżej, układ 1:N także
potrafi być źródłem dwukierunkowego przepływu edukacyjnego. Skoro tak, to i
pozostałe układy edukacyjne nie wykluczają zbudowania takiej relacji. To
prowadzi do wniosku, że nie tyle sam układ edukacyjny jest odpowiedzialny za
istnienie lub brak dwukierunkowości w relacji między edukatorem a edukowanym,
co raczej chęć lub niechęć i umiejętność lub nieumiejętność wykorzystania dowolnego
układu edukacyjnego, do nawiązania takiej relacji.
Pierwszeństwo inicjatywy należy do
nauczyciela: aby przepływ edukacyjny był dwukierunkowy, nauczyciel musi do tego
dopuścić albo wręcz zainspirować do jego powstania, na przykład przez wprowadzenie
metody sokratejskiej do nauczania w formie wykładów i przez umiejętność
słuchania w czasie nauczania w formie ćwiczeń, seminariów czy programów
indywidualnych, jakim jest na przykład program tutoringu.
Konieczna dla zaistnienia tej
relacji dwukierunkowej, jest także reakcja edukowanych. Jeśli nie chcą podjąć
dyskusji ani zadawać pytań, to milczenie zamyka drogę do relacji dwukierunkowej
i pozostaje ona w najlepszym razie jednokierunkowa (a niekiedy żadna, jeśli
uczeń nie tylko milczy, ale także nie słucha).
Podsumowując, w każdym układzie
edukacyjnym jest miejsce na niesymetryczną, ale dwukierunkową relację
edukowania i powstawania nauki w trakcie nauki, z której korzysta i edukowany i
edukator. Nie jest to konieczność, lecz jest to potencjalna możliwość. Moje
doświadczenia każą mi rekomendować edukatorom i edukowanym skorzystanie z tej potencjalnej
możliwości.
[i][i]
Józef Lipiec, „Edukacja i samo edukacja. Prolegomena filozofii wzrostu podmiotowości
indywidualnej”, w: „Teoretyczne i praktyczne aspekty współczesnej edukacji” Re.
Agnieszka Guzik, Renata Monika Şiğva, Krakowska Akademia im. Andrzeja Frycza
Modrzewskiego, s. 15
[ii] por.
cytowana wyżej publikacja Jozefa Lipca i przedstawione tam opisy tych układów,
s. 13-14
[iii] Ibidem.
S. 12 i 13
[iv] Ibidem s.
13
[v] Muszę przyznać,
że uwielbiam ten moment, kiedy pada takie właśnie pytanie, kiedy chwilę się
waham, zanim nie zobaczę tego rozwijającego się przed moimi oczami, nad głowami
studentów, białego ekranu z odpowiedziami, o których nie wiedziałam, że je
znam.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń"...niechęć i (...) nieumiejętność wykorzystania dowolnego układu edukacyjnego..." - od razu przypomniały mi się wykłady z rzymu na pierwszym roku:D
OdpowiedzUsuń"...aby przepływ edukacyjny był dwukierunkowy, nauczyciel musi do tego dopuścić albo wręcz zainspirować do jego powstania..."
- oprócz wymienionych 4 układów, zakładających u każdej ze stron minimum chęci i zainteresowania, jest jeszcze piąty (0-0),
zupełnie jałowy - bardziej formalny niż faktyczny.
Występuje w przypadku, gdy wykładowca z taką niechęcią "odbębnia swoje", że nikt z obecnych nie ma nawet cienia ochoty by słuchać
i pozostają tylko inne źródła wiedzy (np.książki).
Choć tak skrajne sytuacje są z pewnością rzadkie, to też trzeba je uwzględnić.
"Wykładowca" jest wtedy formalny i występuje wtedy jedynie w roli egzaminatora.
Podsumowując, w takim układzie niby jakaś przepływ edukacyjny jest, a jednak go nie ma - bo jest poza nim.
Ma Pan rację. Ani autor publikacji cytowanej, ani ja, nie uwzględniliśmy tego układu. Prawdopodobnie dlatego, że jest on identyfikowalny dopiero z pozycji studenta. Cenna uwaga.
OdpowiedzUsuńZwłaszzcza że, po zastanowieniu - sądząc z komentarzy studentów z różnych uczelni - ten układ 0-0 istnieje, funkcjonuje i ma się, niestety, dobrze.
Mam zamiar działać na Akademii tak, w miarę moich możliwości, żeby ten układ nie miał prawa tam zadziałać. Jest robota - ale, póki nie powie się głośno, jaki jest cel, nie ma szans, by się ziścił. Jeśli się go wysłowi - to pierwszy krok do urzeczywistnienia.